To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Forum Historii Nysy
Serwis społecznościowy poświęcony historii miasta Nysa

Wspomnienia - Ulica mojego dzieciństwa. Obraz pewnej starej nyskiej ulicy

ralf - 2017-11-19, 03:59
Temat postu: Ulica mojego dzieciństwa. Obraz pewnej starej nyskiej ulicy
Autorką opowiadania jest Grete Hoffmann. Tłumaczenie i opracowanie: Sebastian Miechkota/Nysa za zgodą Neisser Kultur und Heimatbund e.V. Hildesheim.


Ulica mojego dzieciństwa. Obraz pewnej starej, nyskiej ulicy sprzed ponad 50 lat

"Ciche godziny z dawnych lat, do których wraca się pamięcią, były rzadkością. Nie jest moim zamysłem, ponownie przedstawiać wszystkich tych minionych wydarzeń z zamiarem ich wyjaśnienia na nowo. Czasem jednak budzą się we mnie wspomnienia z ulicy mojego dzieciństwa. Nie jest ona żadną dużą, która odgrywałaby znaczącą rolę, lecz zupełnie skromną, która w dawnych czasach na planach miasta przedstawiana była jedynie jako ścieżka. Wiele takich miejsc w średniowieczu zamieszkiwanych było przez rozmaitych rzemieślników i im podobnych – np. kramarzy, kowali, garncarzy i wielu, wielu innych. Od nazw ich zawodów wzięły się nazwy wszystkich tych uliczek.
Przed więcej niż pięćdziesięcioma laty, w czasach beztroskiego dzieciństwa, mieszkałam na ulicy Tkackiej (Weberstrasse). Mimo tego, że ulica ulokowana była raczej w cieniu miasta, stała się ona ważnym połączeniem pomiędzy Placem Kościelnym(Kirchplatz) i Rynkiem Solnym(Saltzring), a tym samym pomiędzy kościołem św. Jakuba i kościołem Jezuickim(obecnie Wniebowzięcia NMP). Już od wczesnego rana, pomiędzy tymi dwoma placami budziło się życie. W ciche noce „Szare Siostry” wychodziły do swojej miłosiernej służby świadczonej biednym i chorym ludziom, a w czasach porannej szarówki skręcały w narożną ulicę wracając do swojego pobliskiego domu macierzystego. Niedługo po tym urzędowanie rozpoczynał latarnik. Ten brodaty pan przechodził wraz ze swoją lancą od latarni do latarni i po kolei zdmuchiwał za jej pomocą życiodajne światło. Ciszę tę jednak prędko przerywało szybkie grzechotanie drewnianych butów: młodzi piekarze przynosili świeże bułeczki na śniadaniowe stoły. Wypiekało się je w nocy. Także w fabryce „cechu stolarzy”, jak i w fabryce karabinów pracę w okresie letnim rozpoczynało się o 6:30. I tak pierwszych 90 czeladników i bliżej niekreślona liczba praktykantów nadawała wiele życia ulicy w czasie porannej pory. Prawie równocześnie do nich wynurzały się pilne kobiety i dziewczęta, tzw. „baletnice(?)” które zmierzały do fabryki firanek. Swojego rodzaju spektakl odgrywały również deski, poręcze oraz drewniane pnie i wiele, wiele innych, które były ładowane na wózek. Był to pan Granel – rzeźnik, który wraz ze swoją żoną i synami, budował kram na targi mięsa. Rymarz Krause ładował na swój wóz: tornistry, lejce, rzemienie, baty i wiózł je wszystkie na targ przy ulicy Wrocławskiej. Jasne światło, stukanie młotka, delikatne świsty, dochodzące z warsztatu nożownika Mücke, który swoją pracę rozpoczynał również wcześnie rano. Czasem zatrzymywał się na stopniu swojego domu i patrzył z zainteresowaniem przez swoje okulary na obraz ulicy. Jeszcze jeden wózek-kram był już gotowy: mistrz malarski Baier ładuje puszki z farbami, drabinę oraz pędzle, by móc wyruszyć wykonywać swoją powinność. W międzyczasie następowała pora, gdy w pobliskiej, dużej szkole na Placu Kościelnym i w Gimnazjum na ulicy Sobieskiego(Schulstrasse) otwierano bramę w oczekiwaniu na „publiczność”. I tak znów przepływało przez ulicę mnóstwo spieszących się znajomych. Ale także Ci dzielący się z młodymi swą wiedzą wybierali tę drogę. Wciąż widzę przedstawicieli trzech religii: Petera Reimanna zwanego „Spittelvogt”, naczelnego intendenta Richtera i Rabina Ellguthera wraz ze swoim odświętnym kapeluszem o szerokim rondzie.
Krótko przed godziną 9:00 przychodziły pensjonarki - pojedyncze panie, niekiedy „Szare Siostry” , które przechodziły tędy na poranną mszę na godzinę 9:00 do katedry, wtedy było już trochę ciszej. Później, podczas przerwy śniadaniowej w fabrykach robiło się znów gwarno. Pracownicy otwierali na oścież drzwi, rozkoszując się przy tym słonecznym światłem; pilni praktykanci gnali co sił do rzeźnika Presanga na kiełbasę czosnkową za 5 feningów(w późniejszych czasach najmniejsza porcja kosztowała 10 feningów). Do Maxa Gräupnera: na śledzia, trzy plastry ołomuńskiego sera za 5 feningów, na suchego albo solonego ogórka, do „Gazdy” na piwo, do gorzelni u Manna po flaszkę „kukurydzianki” na śniadanie. Wszystko musiało być załatwione bardzo szybko, ponieważ przerwa nie trwała zbyt długo.
W międzyczasie zjawiały się gosposie domowe. Palacz w fabryce sprzedawał podgrzaną wodę, którą odzyskiwał ze stałego ogrzewania parowego. Za wiadro albo bańkę wody, która była wykorzystywana zwłaszcza podczas prania i niedzielnej kąpieli brał 2 feningi,. Była ona również wykorzystywana przy okazji prasowania. Bolce żelazka rozgrzewały się na piecu, wtedy kobiety podczas oczekiwania pilnowały jaśniejącego na węglu płomienia. W sąsiednim domu u Anny Leder znajdował się, będący w nieustannym ruchu magiel. Niejedna większa korba do prania była tu przynoszona, a następnie wynoszona. W czasie dni targowych przechodziło tędy wiele różnych gosposi. Na Rynku Solnym rozkładały się szeregi kramów z asortymentem okolicznych rzeźników, u których można było kupić towary za mniej fenigów, niż zazwyczaj. Można było wtedy sporo zaoszczędzić. Przy fabryce karabinów, znajdowała się siedziba okolicznego piekarza, który przebywał tam w swoim dyliżansie, a sprzedawczynie zwabiały klientów zapachem świeżych bułeczek. Na Placu Kościelnym rolnicy oferowali kartofle oraz kapustę w dużych ilościach. Podczas jarmarków, w każdym kwartale roku, zabawiał tu również handel obuwiem. Tam też mistrzowie z Prudnika i Ścinawy budowali swoje kramy, gdzie przeważnie ludność miejscowa zaspokajała potrzeby w postaci: butów roboczych, wyjściowych, dla dzieci, a także kapci i wielu, wielu innych. Także my dzieci otrzymywaliśmy niekiedy w lecie tenisówki. Dla nas – dzieci, ulica oferowała przeważnie wartą zobaczenia, lecz skromną wystawę. Pierwsze miejsce w ich randze zapewnił sobie „Treser zwierząt”. Było można u niego zawsze podziwiać rozmaite zwierzęta: tchórza, wiewiórkę, kunę, lisa, jeża, fretkę i inne. Na jednej z lad z mlekiem znajdowało się całe mnóstwo kolorowych pocztówek, oraz jeszcze małe, szare „kiełbaski” z bliżej nam nie znanych słodkich składników, niestety nie można było nam ich kupować. Handlarz zabawkami – Christoph, który wraz ze swoim tanim kramem przyjeżdżał na większość jarmarków, przedstawiał: perłowe zawieszki na ramiona, grzechotki, drewniane laleczki, blaszane trąbki i wiele, wiele innych. U zegarmistrza Hillnera znajdował się zegar z dwoma kolorowymi, kołyszącymi się mężczyznami, przy których staliśmy bardzo często podczas drogi do szkoły. W „Zielonym drzewie” mieszkał handlarz ptakami oraz opierzony śpiewak, który dawał o sobie znać głosem. Mniej interesujące było dla nas – dzieci duże okno zakładu pogrzebowego Jungfera i Seligera. Przypominało ono o przepijaniu, które nie omijało naszej ulicy.
Mieliśmy nawet kilku oryginałów w okolicy miejsca naszego zamieszkania. Był to „Galopujący Szewc”, który znajdował się w ciągłym biegu, tak jakby miał kółeczka pod stopami. U nożownika Mücke mieszkała „ matka tkacza”, pewna starsza kobieta, skręcająca welony z mirtu, wplatająca w nie sfermentowane, ostre strusie pióra. Później małżeństwo von Winklerów: on duży i kościsty, ona całkiem zgrabna, ich pies o bladej jasnej maści – Jane będący psem-postrachem dla każdego dziecka. Pewna sensacja została zwęszona, kiedy Winklerowie otrzymali spadek, a następnie kupili Villę w Rochusie, gdzie się przeprowadzili. Pewna niewielka, starsza „szara siostra”, Amanda, znana jako siostra od zbiórek, zawsze bardzo pogodna i gotowa na krótkie pogawędki należała również do tego towarzystwa.
Niekiedy bywało trochę luźniej, na przykład wtedy gdy na Placu Kościelnym albo Rynku Solnym pojawiała się katarynka. Wtedy my – dzieci biegliśmy oczywiście tam, gdzie znajdował się kolorowy obraz, po którym tam i z powrotem przesuwała się wskazówka melodii; nie mogliśmy przejść obok niej obojętnie. Rzadziej bywali już kobziarze, przybywający z obcego nam świata, którzy niekiedy odwiedzali również i naszą ulicę. Albo pan prowadzący niedźwiedzia, którego miś tańczył do rytmu tamburyna. Garncarz wraz ze swoim koszykiem zawieszonym na szyi należał również do osobliwości odwiedzających nasze małe królestwo. Wprowadził on w handel kolorowe mokasyny, które można było sznurować za pomocą niebieskich lub czerwonych sznurowadeł. Jakie to szczęście, gdy mama kupiła nam taką parę butów. Latem przybywał tu również pan sprzedający lody, wraz ze swoim przeszklonym wózkiem. Błyszcząca srebrnym połyskiem wysoka pokrywa, przeważnie trój częściowa, kryła w sobie słodkie przyjemności. Następnie mogliśmy otrzymać wafelek, wypełniany różnymi rodzajami lodów: żółtymi, białymi, czerwonymi, każda gałka za 10 feningów, a do tego otrzymywaliśmy malutką łyżeczkę.
Na urodziny cesarza, 27 stycznia, do piekarza Hackenberga przybywał wóz militarny, na który ładowano ogromne brytfany. W czasie tego święta żołnierze w koszarach otrzymywali świńską pieczeń. Tam też piekarz wpychał patelnie do pieca, smażył duże kawałki mięsa szybko, dobrze, a oszczędzał dzięki temu wiele trudu przy gotowaniu.
Później przychodziła wiosna, ożywały zabawy dziecięce, które dziś są już prawie zapomniane. Najpierw było „geschippel”(?), w małej dziurze w chodnikowej kostce brukowej. Kolorowe fasole rozkwitały później przy ich ulubionych murach. Jak pięknie było, kiedy za pomocą sznureczka „roztańczano” bączka. Można było kupić go za 3 feningi u Christopha. Nasz tokarz z fabryki, zrobił nam jeszcze piękniejszego. Od liczby rowków nazywaliśmy je: ludek, baba, kamieniarz. My dziewczynki, siadałyśmy na progu domu, bawiąc się w żonglerkę. Pięć do siedmiu kamieni albo drewniana kostka do gry były podrzucane wysoko, a następnie bardzo szybko łapane z powrotem. Chłopcy grali w żołnierzyki, zbijając jednego za drugim z poziomu ściany. Także ‘Klippe’ należało do zabaw chłopięcych. Drewniany kliny poukładane z obu stron były strącane za pomocą rzucanego z daleka kawałka drewna. Bardzo lubianą grą dla starszych i mniejszych były zabawy w „Jelenia” oraz zabawa w chowanego.
Następnie na naszej ulicy robiło się znów zielono. W fabryce karabinów były kasztany, przy stołówce kwitnąca lipa, której zapach uderzał z każdej strony. U nożownika Mücke znajdowało się drzewo orzechowe, liście z niego i lipy co roku używano do parzenia herbaty. Również w sobotę życie na ulicy nie ustawało. Znajdowali się tam żołnierze maszerujący na nabożeństwo do kościoła jezuickiego, gdzie czekał na nich kapelan dywizji – Viola. Domy oddawały z powrotem, odbijający się dźwięk marszu, trrrab, trrrab, dobrze było widzieć szpice żołnierskich hełmów odbijały się w słońcu, niebieskie mundury, a latem także porcelanowo białe spodnie, wszystko to składało się na malowniczy i kolorowy obraz. Na przedzie żołnierzy maszerował major Engel, który wsławił się w czasie katastrofy powodzi w 1903 r. a nam dzieciom – przedstawiany był jako bohater. Teraz jednak następowało zaprzysiężenie nowych żołnierzy, później na przedzie maszerowała orkiestra wojskowa, a marsz rozbrzmiewał w całej okolicy.
Po pełnym życia dniu, przychodził wieczór, siedziało się jeszcze dyskutując na schodkach prowadzących do kamienic, albo na ławeczce z zielonymi poręczami u Maxa Gräupnera. Czasami zdarzało się, że przez długie godziny do domu dochodził nasz stary pracownik Sperlich, który przesiadując u „Gazdy”, zapominał często że czeka na niego jeszcze długa droga do domu, znajdującego się w Konradowej. Tracił on z tego powodu równowagę; dziś wylał dużym łukiem cały czajnik z kawą na kostkę brukową, co opóźniło jego i tak już późny wymarsz. Później dało się słyszeć dźwięki bębnów orkiestry wojskowej dolatujące do nas z koszar, a górujące nad całym miastem. W błogiej ciszy tonęła noc nad starą ulicą".



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group